wtorek, 5 maja 2015

Abp Stanisław Gądecki w homilii wygłoszonej 3 maja 2015 na Jasnej Górze:

Polityk katolicki nie może abstrahować od zasad wiary i popierać regulacji prawnych, które sprzeciwiają się tym zasadom. Odrzucenie tego rodzaju schizofrenii nie oznacza wcale, że wierzący polityk winien zastępować prawo państwowe prawem kanonicznym (...). Nie może on jednak zgodzić się na to, że racji stanu nie sposób pogodzić we wszystkim z racją sumienia i że czasami trzeba o sumieniu zapomnieć, skoro taki grzech przyniesie korzyść państwu. Skoro bowiem zlekceważymy prawo Boże, nasze przedsięwzięcia doprowadzą nas prędzej czy później do zguby. Wszelka władza, która nie respektuje prawa Bożego, prędzej czy później staje się bandą złoczyńców - uczył św. Augustyn.

Bp Dec apeluje o odnowę Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę


„Z modlitwą różańcową zbudujemy Polskę wierną Bogu i Kościołowi”, taki tytuł nosi list pasterski biskupa Ignacego Deca do wiernych diecezji świdnickiej z apelem o włączenie się w dzieło Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę. List będzie odczytany w niedzielę, 3 maja, we wszystkich kościołach i kaplicach w diecezji świdnickiej.

Bp Dec przypomina, że „na progu miesiąca maja, w uroczystość Matki Bożej Królowej Polski, od lat wracamy do daty 3 maja 1791 r., kiedy to Sejm Pierwszej Rzeczpospolitej uchwalił Ustawę Zasadniczą, która przeszła do historii pod nazwą Konstytucji 3 Maja”. Biskup świdnicki odnosząc się do wydarzeń z 1791 r. wskazał, jak ważną rolę dla historii narodu polskiego odegrała Konstytucja, która, jak stwierdził, „przyświecała wszystkim późniejszym zrywom wolnościowym”.

„W dniu, w którym wspominamy Konstytucję 3 Maja, kierujemy nasze myśli i serca ku Jasnej Górze, gdzie jest czczona Matka Boża, jako nasza Matka i Królowa. Wiemy, że Maryja jest najlepszą cząstką i zarazem Matką całego Kościoła. Weszła w historię Ludu Bożego Nowego Przymierza. Szczególną cześć i miłość znalazła w narodzie polskim, który Ją sobie obrał za Królową. Chciał, by można było Ją nazywać Królową Polski. I tak jest do dziś” – kontynuuje biskup świdnicki.

Ploërmel. Czy pomnik Jana Pawła II wkrótce będzie rozebrany?

Rychły upadek kultury łacińskiej ...


05/03/2015 - 08:00 Ploërmel (Breizh-info.com) - Po zakazie wywieszania plakatów chrześcijańskich w metrze, kolej przyszła na pomnik Jana Paweła II w Ploermel, który prawdopodobnie wkrótce zostanie rozebrany.

Foto: DR cc ] Breizh-info.com, 2015,

Kontrowersje wokół pomnika Jana Pawła II w Ploermel (Morbihan) trwają prawie 10 lat. W 2006 roku, rzeźbiarz Zurab Tsereteli rosjanin, prezes Akademii Sztuk Pięknych w Moskwie przekazał miastu Ploërmel rzeźbę z brązu Jana Pawła II na podstawie symbolizującej arkę oraz krzyż. W dniu 10 grudnia 2006 roku, w Ploërmel na Placu Jana Pawła II, 8 m posąg został odsłonięty w obecności prawie 2000 osób.

W kwietniu 2007 roku, pomnik Jana Pawła II został zdewastowany. Oblano go farbą. Żandarmeria Ploërmel prowadziła dochodzenie. We wrześniu 2008 roku, wandale posunęli się jeszcze dalej: okleili pomnik różowym papierem toaletowym i zawiesili prezerwatywy. 

Foto: DR cc ] Breizh-info.com, 2015,

Trockistowska organizacja Morbihan - Federacja Wolnej Myśli zarządała od władz miasta usunięcia pomnika. Miasto chciało sie zgodzić na usunięcie arki oraz krzyża, sugierując iż Jan Paweł II był nijako politykiem. Niestety, usuwając krzyż wypaczono postać wielkiego Papieża. Nie zgadza się z tą decyzją również artysta rzeźbiarz, który uważa wszystkie elementy za składowe swojej twórczości. i nie wyraża zgody na odłączenie jakiejkolwiek części. Jeżeli sąd administracyjny przychyli się do rządań Federacji wówczas pozostanie tylko przenieść pomnik na teren prywatny. 

Żródło: Christophe Séhec, http://www.breizh-info.com/25995/actualite-societale/ploermel-la-statue-de-jean-paul-ii-bientot-demantelee/



Źródło zdjęcia: DR cc ] Breizh-info.com, 2015,

poniedziałek, 4 maja 2015

III Ogólnopolski Kongres Nowej Ewangelizacji już w maju 2015 roku

Szczęść Boże!

Z całego serca pragniemy poprosić o modlitwę w intencji III Ogólnopolskiego Kongresu Nowej Ewangelizacjiorganizowanego w maju 2015 roku na terenie diecezji koszalińsko – kołobrzeskiej, zarówno za organizatorów, jak i za uczestników tegoż spotkania.

Chcielibyśmy z informacją o tym, jakże ważnym wydarzeniu dotrzeć do jak największego grona odbiorców, a niestety nie mamy w budżecie Kongresu przeznaczonej osobnej puli pieniędzy na reklamę i promocję. Dlatego zwracamy się z serdeczną prośbą o pomoc w rozpropagowaniu wiadomości o tym wydarzeniu poprzez umieszczenie informacji o nim na Waszej stronie internetowej.

Również bardzo serdecznie pragniemy zaprosić wszystkie chętne osoby do udziału w III Ogólnopolskim Kongresie Nowej Ewangelizacji. Możliwość zapisu pod tym adresem internetowym:http://www.tymoteusz.org.pl/minicrm.php/genericCourses/showForm/145

W załączniku przesyłamy plakat oraz podstawowe informacje na temat Kongresu, które można wykorzystać. Z góry dziękujemy za wszelką pomoc.



ks. Rafał Jarosiewicz & Ekipa Szkoły Nowej Ewangelizacji

diecezji koszalińsko - kołobrzeskiej




III Ogólnopolski Kongres Nowej Ewangelizacji

 

Ostatni weekend maja, 28 - 31.05.2015 roku to czas, kiedy odbędzie się III Ogólnopolski Kongres Nowej Ewangelizacji. Jego tematem przewodnim będzie: Ewangelizacja środowisk wiejskich, SKARB W ROLI. Miejscem Kongresu będzie Sanktuarium Wniebowzięcia NMP w Skrzatuszu, na terenie diecezji koszalińsko- kołobrzeskiej.
Celem Kongresu jest doświadczenie potrzeb, potencjału i nowych możliwości ewangelizacji w środowiskach wiejskich, a jego główne zadania to: podjęcie refleksji pastoralnej odnośnie specyfiki wyzwań związanych  z ewangelizacją środowisk wiejskich, prezentacja narzędzi służących takiej ewangelizacji, a także ukazanie podmiotów mogących podjąć dzieło ewangelizacji w środowiskach wiejskich.
Spotkanie to zaadresowane jest do wszystkich, którym leży na sercu ewangelizacja wsi, a w szczególności do: wspólnot parafialnych – duszpasterzy i członków rad parafialnych, świeckich liderów różnych podmiotów funkcjonujących w środowisku wiejskim (Ochotnicza Straż Pożarna, Koła Gospodyń wiejskich, zespoły folklorystyczne, zespoły sportowe, kółka rolnicze, rady sołeckie), nauczycieli i katechetów szkół wiejskich, wspólnot i dzieł Nowej Ewangelizacji, osób życia konsekrowanego, jak również kustoszy sanktuariów.
Zaproszeni goście to: bp Edward Dajczak, abp Wojciech Polak, bp Grzegorz Ryś, bp Wiesław Śmigiel, dr teologii Monika Waluś oraz ks. Krzysztof Wons SDS.
Podczas Kongresu uczestnicy będą mieli możliwość udziału w warsztatach przewidzianych przez Organizatora. Koszt udziału w Kongresie wynosi 110 zł, a zgłoszenia przyjmowane są do 10 maja 2015 r.
Organizatorem Kongresu jest Zespół do spraw Nowej Ewangelizacji przy KEP wraz z Fundacją Porta Fidei.

Szczegółowy program Kongresu, dokładny regulamin, informacje o zaproszonych gościach, opisy warsztatów, możliwość zapisu, oraz wszystkie niezbędne informacje dostępne są na stronie internetowej nowaewangelizacja.org

Orędzie Matki Bożej z Medjugorie 02.05.2015

Drogie dzieci,

Otwórzcie swoje serca i próbujcie odczuć jak bardzo was kocham i jak bardzo pragnę, byście kochali mojego Syna. Pragnę, abyście Go lepiej poznali, gdyż nie jest możliwym poznanie Go i nie kochanie Go – gdyż On jest miłością. Ja was znam, drogie dzieci. Znam wasze bóle i cierpienia, gdyż sama je przeżywałam. Śmieję się z wami gdy się radujecie i płaczę, gdy cierpicie. Nigdy was nie opuszczę. Zawsze będę do was mówić z macierzyńską czułością. A ja jako matka potrzebuje waszych otwartych serc, abyście z mądrością i prostotą szerzyli miłość mojego Syna. Potrzebuje waszej otwartości i wrażliwości na dobro i miłosierdzie. Potrzebuje was zjednoczonych z moim Synem, gdyż pragnę, abyście byli szczęśliwi i pomogli mi w niesieniu szczęścia wszystkim moim dzieciom. Moi apostołowie, potrzebuję was, abyście wszystkim ukazywali prawdę Bożą, by moje serce, które cierpiało i dzisiaj znosi tak wiele cierpień mogło zwyciężyć w miłości. Módlcie się o świętość swoich pasterzy, aby w imię mojego Syna mogli czynić cuda, gdyż świętość czyni cuda. Dziękuję wam.



„Synod zalecił «pomaganie wiernym we właściwym rozróżnianiu słowa Bożego i objawień prywatnych», których rolą „nie jest (…) „uzupełnianie” ostatecznego Objawienia Chrystusa, lecz pomaganie w pełniejszym przeżywaniu go w jakiejś epoce historycznej”. Wartość objawień prywatnych różni się zasadniczo od jedynego Objawienia publicznego: to ostatnie wymaga naszej wiary; w nim bowiem ludzkimi słowami i za pośrednictwem żywej wspólnoty Kościoła przemawia do nas sam Bóg. Kryterium prawdziwości objawienia prywatnego jest jego ukierunkowanie ku samemu Chrystusowi. Jeśli oddala nas ono od Niego, z pewnością nie pochodzi od Ducha Świętego, który jest naszym przewodnikiem po Ewangelii, a nie poza nią. Objawienie prywatne wspomaga wiarę i jest wiarygodne właśnie przez to, że odsyła do jedynego Objawienia publicznego. Stąd kościelna aprobata objawienia prywatnego zasadniczo mówi, że dane przesłanie nie zawiera treści sprzecznych z wiarą i dobrymi obyczajami; wolno je ogłosić, a wierni mogą przyjąć je w roztropny sposób. Objawienie prywatne może wnieść nowe aspekty, przyczynić się do powstania nowych form pobożności lub do pogłębienia już istniejących. Może mieć ono pewien charakter prorocki (por. 1 Tes 5, 19-21) i skutecznie pomagać w lepszym rozumieniu i przeżywaniu Ewangelii w obecnej epoce; dlatego nie należy go lekceważyć. Jest to pomoc, którą otrzymujemy, ale nie mamy obowiązku z niej korzystać. W każdym razie musi ono być pokarmem dla wiary, nadziei i miłości, które są dla każdego niezmienną drogą zbawienia”.

Benedykt XVI, papież

Nie jest naszą intencją autorytatywne orzekanie o prawdziwości i autentyczności objawień w Medjugorie. To bowiem należy do kompetencji władz kościelnych. Tę samą ostrożność, ale bez nieuzasadnionego uprzedzenia, pragniemy zachować również w odniesieniu do orędzi. Decyzja władz kościelnych jaka w przyszłości nastąpi będzie decyzją obowiązującą nas wszystkich której się podporządkujemy.


środa, 29 kwietnia 2015

Bp. Frankowski: '' Przerażająca jest obojętność na to, kto będzie nami władał''.


Szesnastu polskich biskupów stanęło w obronie Polski i wiary. Ich wspólnie wypowiedziane „non possumus” to sprzeciw wobec triumfujących od kilku lat treści i tonu antypolskiej oraz antychrześcijańskiej propagandy. Specjalnie dla czytelników portalu niezalezna.pl publikujemy poruszający fragment książki „Polsko, uwierz w swoją wielkość”, w którym bp. Edward Frankowski mówi wprost o niebezpiecznych skutkach „syndromu zabitych sumień”, przekładających się na obojętność Polaków wobec kwestii politycznych i tego, kto będzie rządził krajem.

Poniżej fragment książki:

Przerażająca jest obojętność na to, kto będzie nami władał, jakby w myśl powtarzanego obrzydliwego sloganu: „Niech nawet diabeł rządzi, byle mnie było dobrze”. Ilu Polaków zastanawia się, co z nami będzie? Zwłaszcza w sytuacji tak poważnych zagrożeń, które na nas idą. Kto będzie się nami wtedy przejmował? Kto będzie za nas głowę nadstawiał? Każdy będzie pilnował siebie, a kto nas? Czy jesteśmy zdolni wziąć los Ojczyzny w swoje ręce, poczuć się gospodarzami domu ojczystego, skoro aż połowa naszego społeczeństwa nie bierze udziału w wyborach? Obojętne im, kto będzie nami rządził. Przerażająca jest obojętność rządzących, ale jeszcze bardziej przeraża obojętność dużej części polskiego społeczeństwa. Ośmielę się powiedzieć, że jest to syndrom zabitych sumień. Obojętność wobec Boga, wobec najwyższego Dobra, które jest źródłem wszelkiego dobra, miłości i prawdy. Lekceważenie tego powoduje totalną obojętność spowodowaną paraliżem sumień Polaków. To jest najgorsze. Nie potrzeba zabijać, tylko wygodnie rozsiąść się w fotelu i chłonąć te wszystkie obrzydliwe treści – bezbożne, szkalujące Kościół, Polaków, zwłaszcza tych prawdziwych, miłujących Ojczyznę, i pozwolić, żeby nam zabili sumienia. „Bez serc, bez ducha to szkieletów ludy”.

Wystarczy przyzwyczaić się do tego, co czynią ci na górze, którzy sumienie zostawiają za drzwiami miejsc pracy, za drzwiami parlamentu, ośrodków nauki czy szpitalnej posługi, pozwalają sobie na bezczelne kłamstwa, złodziejstwo, na coraz większą niesprawiedliwość i nieuczciwość. Mamy coraz więcej przestępców, którzy ich naśladują. Szybko się tego uczą. Wielu ludźmi rządzi głupota i diabelska przewrotność. Jakże nie nazywać tego diabelską przewrotnością? Zabicie pojedynczego człowieka jest zbrodnią, a zabijanie 50 mln niewinnych, bezbronnych dzieci w łonach matek na całym świecie jest tylko regulacją populacji i postępem. Zabicie jednego człowieka jest zbrodnią, ale zabijanie całej grupy ludzi, nawet całej populacji, jak w wojnie rosyjsko-czeczeńskiej czy izraelsko-palestyńskiej, jest bohaterstwem. Okłamywanie jednostki jest złem, ale oszukiwanie całego narodu, jak to często robią media i politycy, jest tylko polityką. Wszystko ma być wznoszone i rozwijane na ateizmie. Wierzyć w Boga można tylko prywatnie, w ukryciu, a publicznie obowiązuje poprawność polityczna.

Nakazują nam myśleć, chcieć, mówić, działać tak jakby Boga nie było! Do tego nikczemnego dzieła potrzebują ludzi potulnych, przymilnych, słabych, kłamliwych, bo tylko tacy dadzą się kupić, zmanipulować. Dawniej ludzie kłamstw się wstydzili. Dzisiaj okłamuje się nas bezczelnie w żywe oczy. W tych oszustwach przodują niektóre media, które chwalą, usprawiedliwiają i nagradzają nawet największych oszustów. Dawniej tworzono imperia przez krwawe podboje. Dzisiaj media podbijają nasze umysły, niszcząc mądrość narodu, zabijając sumienia. Na lotnych piaskach współczesnych prądów ideologicznych usiłują zakładać fundamenty domu ojczystego. Takie tornado medialne może być użyte tylko do burzenia, niszczenia mocnych autorytetów moralnych, a nie do budowania. Chichot szatana słyszy się nawet w komisjach praw człowieka, w ONZ, w Genewie. Trzy lata temu zalecono, aby nasz rząd poszerzył możliwość aborcji na każde życzenie matki – żeby złamać poglądy religijne naszych lekarzy, szerzyć środki poronne i edukację seksualną wśród młodzieży i dzieci. Nawet w agendach Organizacji Narodów Zjednoczonych rozsiadł się duch morderca. On to powoduje, że wszędzie chcą zwalić całą konstrukcję etyki chrześcijańskiej, a tym bardziej u nas. Bo Polska to kraj katolicki, to bastion katolicyzmu, to ludzie, którzy kochają Ojczyznę. Dlatego trzeba tu skierować wszystkie wysiłki, aby wszystko to porąbać.

Są dwie podstawowe wspólnoty Polaków – naród i rodzina. Obie najważniejsze i obie w rozkładzie. Naród zagrożony jest zapaścią demograficzną – rodzi się o połowę mniej dzieci niż 20 lat temu, a z Polski wyjechało ok. 3 mln młodych rodaków, którzy wypracowaliby emerytury dla starszych i warunki życia dla siebie. Brak dzieci, brak młodzieży, brak sił do pracy, brak twórczości, brak odwagi. Nie ma kto bronić, nie ma kto walczyć. Zamykają szkoły. To są problemy, tym się trzeba zająć. Otoczyć opieką rodziny, zapewnić im bezpieczeństwo, stworzyć wyrazistą politykę prorodzinną, która będzie im służyć. Tymczasem prawie co czwarte polskie małżeństwo z czworgiem lub więcej dzieci żyje w skrajnym ubóstwie. Ponad pół miliona najmłodszych z powodu biedy nie korzysta z opieki lekarzy specjalistów. Skrajną nędzą dotkniętych jest kilkanaście procent ludzi w najuboższych województwach, zwłaszcza osoby niepełnosprawne i wielodzietne rodziny.

Oto, do czego prowadzi lekceważenie nauki Krzyża Świętego, tej Miłości Chrystusa płynącej z przebitego boku. Powoduje to nasilanie się ataków skrajnie lewicowych środowisk na tradycyjne wartości, chrześcijaństwo, rodzinę, wierność, miłość małżeńską, kwestionuje się nawet wychowanie młodzieży w duchu chrześcijańskim w szkołach. Także tutaj są tacy, którzy chcą zrobić totalną rewolucję, odciąć nas od naszych chrześcijańskich korzeni, od naszego dziedzictwa duchowego. Ale jak się nas odetnie od korzeni, to wszystko uschnie, zostanie skazane na śmierć. Korzystają w tej walce z poparcia lewicowo-liberalnych mediów w imię fałszywie rozumianej wolności czy postępu, są wielce agresywni i nietolerancyjni. I tutaj nam się nasuwają słowa naszego umiłowanego Ojca Świętego Jana Pawła II, który powiedział w Kielcach w 1991 r.:
gen. Haller - patriota, katolik

„Chciałbym tu zapytać tych wszystkich, czy wolno lekkomyślnie narażać polskie rodziny na dalsze zniszczenie. Nie może być wolności, która zniewala, czyli swawola to jest niewola. Trzeba wychowania do dojrzałej wolności. Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest matka moja, ta ziemia. To jest moja matka, ta Ojczyzna, to są moi bracia i siostry. Zrozumcie wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że sprawy te nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć. Was też powinny boleć. Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono. Trzeba intensywnie odbudowywać, nie można dalej lekkomyślnie niszczyć. Ta ziemia polska naznaczona jest w sposób szczególny obecnością Matki Chrystusa. Niech się odrodzi w Bogu ludzkie ojcostwo i polska rodzina, i ludzkie macierzyństwo”.

Źródło: niezależna.pl

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Medjugorie - miejsce pokuty i modlitwy



Świadectwa nawrócenia

Świadectwo Łukasza Z.

W życiu bowiem nie chodzi o to, żeby było łatwiej. Tylko prawdziwiej...
(Agnieszka Bieńkowska)

Pan Jezus powiedział o sobie: "Ja jestem Prawdą, Drogą i Życiem". (J 14,6)


Od najmłodszych lat rodzice w każdą niedzielę prowadzili mnie do kościoła na Mszę św. I chwała Im za to, bo od maleńkości uczyli mnie w ten sposób przyjaźni z Panem Bogiem. Ale mając te kilka lat, tak naprawdę nie miałem pojęcia o Eucharystii i Bogu (może jedynie tyle, ile mówili mi rodzice i czego dowiadywałem się na lekcjach religii oraz w kościele). Kiedy miałem 9 lat, zostałem ministrantem. Już wtedy byłem u stóp Boga, ale nawet o tym nie wiedziałem. Bo tak naprawdę, co w tym wieku mógłbym konkretnego powiedzieć? Cóż, chyba tylko tyle, że stałem przy ołtarzu, nosiłem komrzę i byłem ministrantem dłużej niż inni koledzy. I chwała Panu za to! Cieszyłem się z tego, rodzice mnie chwalili, robiłem postępy jako ministrant, zacząłem pełnić pewne funkcje na Eucharystii. Byłem szczęśliwy! Mając 9 lat, już w jakiś sposób zaufałem Panu!

Ale wszystko było dobrze do pewnego momentu. Do momentu, w którym mój tata nie uległ wypadkowi. Od tego czasu zacząłem toczyć się po równi pochyłej w dół. Bardzo kocham moich rodziców, a tu w jednym momencie mogłem stracić tatę! Był to dla mnie szok! Zacząłem się zastanawiać, dlaczego akurat to musiało się przytrafić mojemu tacie? Dlaczego? Przecież (tak myślałem w wieku ok.11-12 lat) chodziłem na Mszę niedzielną i nie tylko, uczyłem się, pomagałem rodzicom, a tu coś takiego! Zacząłem szukać jakiejś ucieczki od tego wszystkiego i wpadłem w złe towarzystwo, opuściłem się w nauce ( w konsekwencji tego nie zdałem do następnej klasy), oszukiwałem, że wszystko jest dobrze, a tak nie było. Zamiast do szkoły, szedłem z nowymi kolegami gdzieś do parku, na ławkę, a tam zacząłem palić papierosy i pić najtańsze wina. Jednym słowem schodziłem na dno. Trwało to długo, a o wszystko obwiniałem nie kogo innego, jak samego Jezusa! No bo przecież to On zawsze mówił, że będzie dobrze, że nic złego nam się nie stanie. A jednak się stało. Nie przyjmowałem pomocy od nikogo! I było mi z tym dobrze! Bo cóż mogłem chcieć więcej: wyróżniałem się w szkole tym, że znam osoby, których się wszyscy boją. Mnie też zaczęli podobnie odbierać. Paliłem, wieczorami byłem na dworze, a jak nie chciało mi się iść do szkoły, to szedłem gdzieś na ławkę. Podobało mi się to. W tym czasie w ogóle zaprzestałem chodzenia do kościoła i na religię. Stwierdziłem: po co? Przecież i tak mi tam nikt nie pomoże. Mam siedzieć i udawać, że słucham, jak ksiądz gada to, co i tak mi nie jest potrzebne do szczęścia? Ja swoje szczęście miałem w parku na ławce. Czułem się wolny, miałem to, co chciałem. Tak żyłem...

I pewnego wieczoru, idąc z psem, spotkałem kolegę z klasy, po którym nie spodziewałbym się, że on wieczorem będzie gdziekolwiek szedł, skoro nawet po lekcjach nie chciał nawet na chwilę wyjść na dwór. Zaczęliśmy rozmawiać, ponieważ zdziwiło mnie to, że on gdzieś idzie. Powiedział mi, że idzie do kościoła, na spotkanie z innymi młodymi ludźmi (rówieśnikami i starszymi). I od razu zaproponował mi, abym poszedł z nim. Mówił, że będzie fajnie i pomodlimy się, pośpiewamy itp. A ja mu na to: "Stary, dzięki, ale trafiłeś pod zły adres. Mnie kościół nie jest potrzebny do szczęścia. Ja swoje szczęście znalazłem gdzie indziej". Ale on nie dawał za wygraną. Stał i zachęcał mnie. Dla odczepki powiedziałem, że się zastanowię. W międzyczasie dzwonił, informował, że są spotkania, żebym przyszedł. Po kilku tygodniach zaczęło mnie to wszystko wkurzać. Ciągle telefony, żebym poszedł na to spotkanie. W końcu umówiłem się i poszedłem z nim na spotkanie Diakonii Nastolatków. Przyszedłem i usiadłem. Wszyscy byli dla mnie bardzo mili. Zaczęli śpiewać, a co najważniejsze, zaczęli się modlić. Tyle tylko, że modlitwa była spontaniczna. Nie mogłem w to uwierzyć. Stwierdziłem, że to miejsce nie jest dla mnie, że to jakaś sekta! Pomyślałem. NIE! Dziękuję, nie chcę do sekty należeć! Wstałem i wyszedłem. Kolega do mnie podbiegł, a ja mu od razu powiedziałem, że na żadną sektę nie będę chodził. Dopiero wtedy mi wyjaśnił, na czym polega modlitwa spontaniczna. Po pierwszym spotkaniu nic do mnie nie dotarło, ale poznałem nowych ludzi i stwierdziłem, że raz w tygodniu mogę poświęcić 2 godziny na spotkania. To, co mnie ciągnęło do Diakonii na początku, to ludzie, którzy tam byli i atmosfera, jaka tam panowała. Na początku chodziłem tylko dlatego. Z czasem jednak odkrywałem nowe rzeczy. Odkrywałem to, co dobre, to, co uszczęśliwia, to, co jednoczy wszystkich chrześcijan - miłość Jezusa.

Ale był to nadal czas, w którym wybierałem: ławka, park czy Diakonia, Kościół, a co za tym idzie - Jezus? W tym czasie tata wracał do zdrowia. Mnie zaczęło się układać w szkole. Dostrzegłem, że chodząc na spotkania Diakonii, wszystko zaczęło się "prostować". Zacząłem wierzyć na nowo! Ale był to tylko fundament, który był wkopany bardzo płytko. Przełomowym momentem był wyjazd na moje pierwsze rekolekcje. Stwierdziłem, że pojadę, odpocznę, poznam bardziej tych wspaniałych ludzi, których widuję na spotkaniach, a na rekolekcjach będę z nimi przez 10 dni, 24 godziny na dobę. To była moja jedyna nadzieja na ten wyjazd: poznać lepiej tych ludzi. Temat rekolekcji brzmiał: "Zaufaj Panu! Nie bój się, wypłyń na głębię..." Na początku w ogóle nie zwróciłem uwagi na sam temat. Dopiero na miejscu, gdy się o tym dowiedziałem, zdałem sobie sprawę z tego, że to jest miejsce na to, by przemyśleć swoje życie! I był taki jeden (dla mnie najważniejszy) dzień na rekolekcjach w całości poświęcony naszej relacji z Bogiem. Każdy tego dnia musiał znaleźć jakąś rzecz, która mu się spodobała. Mógł być to jakiś kamień, patyk, itp. Cały dzień każdy z nas przeżywał osobno. Każdy zastanawiał się nad swoim życiem, robił namiot spotkania, modlił się, itp. Wieczorem odbyła się Msza św. Każdy szedł do kościoła sam, w odstępach 2-3 minut. Po komunii św. był kulminacyjny moment tego dnia. To, co zebraliśmy, np. kamień, patyk, składaliśmy (dobrowolnie) przed ołtarzem jako nasze grzechy, pozbywając się ich i zawierzaliśmy się Panu! Nad każdą osobą modlono się wstawienniczo. Właśnie wtedy nastąpiło moje nawrócenie! Wtedy to właśnie usłyszałem słowa Pana: "Ja jestem Prawdą, Drogą i Życiem". Postanowiłem oddać swe życie Panu, pod Jego opiekę, pod Jego wolę. Właśnie wtedy urodziłem się na nowo! Zacząłem tak naprawdę dopiero żyć! Odkryłem to, co dobre, to, co piękne.

Wiem też i jestem tego pewien, że w Bogu mam Przyjaciela, który zawsze jest do mojej "dyspozycji". Z czasem zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, co Pan dla mnie zrobił dobrego. A co najważniejsze: umarł dla mnie na krzyżu za moje grzechy, z miłości do mnie! Wiem, że Pan się ode mnie nigdy nie odwróci, że zawsze znajdzie dla mnie czas o każdej porze dnia i nocy! Bez względu na to, gdzie będę i co będę robił.

Od tamtych rekolekcji Pan zajął w moim życiu pierwsze miejsce. I choć nie zawsze było, jest i pewnie będzie kolorowo, ja wiem i jestem pewien, że jestem pod Bożą Opieką. Wiem, ze Pan nie pozwoli na to, by stało mi się coś złego. Dzięki Bogu odkryłem, jak ważna jest Eucharystia, jak ważni są przyjaciele i jak ważna jest Wspólnota, a także służba bliźnim. Dzisiaj Eucharystia nie jest dla mnie tylko zwykłą Mszą św., ale spotkaniem z Jezusem, radością z tego, że Go przyjmuję do własnego serca. Czymś, czego nie da się opisać słowami, tylko trzeba to poczuć i przeżyć. Od momentu przyjścia do Diakonii poznałem "prawdziwych" kolegów, z niektórymi osobami się zaprzyjaźniłem. I wiem, że to jest szczera przyjaźń. Bo nikt się nie patrzy, jak się ubieram, jak wyglądam, ile mam pieniędzy. Tylko patrzą się na to, co jest we mnie, a ja dzięki Nim nauczyłem się tego samego, czyli: nie oceniać ludzi po wyglądzie. I wiem, że na moich przyjaciół mogę, tak jak na Boga, zawsze liczyć! W każdym momencie, w każdej sytuacji. Idąc dalej jest Wspólnota: tak naprawdę mój drugi dom. To m.in. dzięki tym ludziom odkryłem wiele wartości, to oni pomagają mi wzrastać w mojej wierze, mogę liczyć zawsze na modlitwę, ale także na rozmowę, żarty, zabawę, przyjaźń, wspólną grę np. w piłkę nożną czy koszykówkę (zwłaszcza podczas rekolekcji). Wspólnota nauczyła mnie także służyć bliźnim.

Dziś jestem animatorem na Kursie Alpha, poprzez który przygotowujemy młodzież do bierzmowania. Chcę im pokazać drogę do Jezusa, pokazać, kim On jest, kim może być dla nich, tak samo jak mi kiedyś pokazano. I chyba przede wszystkim też pokazać, że taki gość, który chodzi w szerokich spodniach, nosi bluzę z kapturem i czapkę i jest tzw. skatem, też może być blisko Boga. Bo Pan nikogo nie przekreśla, ale zawsze czeka...

Chciałbym, aby moje świadectwo dotarło do wszystkich, a szczególnie do młodych, którzy mają podobne problemy, jakie ja miałem wcześniej. Żeby zobaczyli, że jest prawdziwe szczęście - Bóg. Są drzwi, które prowadzą nas do dobrego. Jest Ktoś, kto ofiaruje nam prawdziwą miłość, tak jak rodzice, bliscy. Dlaczego chcę, aby zobaczyło to moje świadectwo jak najwięcej młodych? Ponieważ nie chcę, żeby stracili czas, żeby otworzyli się na Pana jak najszybciej, żeby nie żałowali swoich decyzji, tak jak ja żałuję tego, co robiłem wcześniej. Nigdy dla Pana nie jest za późno zrobić miejsce w swym sercu, ale po co z tym zwlekać?

Łukasz "Młody"

Autor: fundacja.donum.spes
Źródło: http://rozalka387.blogspot.com/

Orędzie Matki Bożej z Medjugorie - 25 kwietnia 2015

„Drogie dzieci! Jestem z wami i dziś prowadzę was do zbawienia. Wasza dusza jest niespokojna, bo duch jest słaby i zmęczony wszystkimi ziemskimi sprawami. Dziatki, módlcie się do Ducha Świętego, aby On was przemienił i wypełnił siłą wiary i nadziei, abyście byli silni w walce ze złem. Jestem z wami i oręduję za wami przed moim Synem Jezusem. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”


„Synod zalecił «pomaganie wiernym we właściwym rozróżnianiu słowa Bożego i objawień prywatnych», których rolą „nie jest (…) „uzupełnianie” ostatecznego Objawienia Chrystusa, lecz pomaganie w pełniejszym przeżywaniu go w jakiejś epoce historycznej”. Wartość objawień prywatnych różni się zasadniczo od jedynego Objawienia publicznego: to ostatnie wymaga naszej wiary; w nim bowiem ludzkimi słowami i za pośrednictwem żywej wspólnoty Kościoła przemawia do nas sam Bóg. Kryterium prawdziwości objawienia prywatnego jest jego ukierunkowanie ku samemu Chrystusowi. Jeśli oddala nas ono od Niego, z pewnością nie pochodzi od Ducha Świętego, który jest naszym przewodnikiem po Ewangelii, a nie poza nią. Objawienie prywatne wspomaga wiarę i jest wiarygodne właśnie przez to, że odsyła do jedynego Objawienia publicznego. Stąd kościelna aprobata objawienia prywatnego zasadniczo mówi, że dane przesłanie nie zawiera treści sprzecznych z wiarą i dobrymi obyczajami; wolno je ogłosić, a wierni mogą przyjąć je w roztropny sposób. Objawienie prywatne może wnieść nowe aspekty, przyczynić się do powstania nowych form pobożności lub do pogłębienia już istniejących. Może mieć ono pewien charakter prorocki (por. 1 Tes 5, 19-21) i skutecznie pomagać w lepszym rozumieniu i przeżywaniu Ewangelii w obecnej epoce; dlatego nie należy go lekceważyć. Jest to pomoc, którą otrzymujemy, ale nie mamy obowiązku z niej korzystać. W każdym razie musi ono być pokarmem dla wiary, nadziei i miłości, które są dla każdego niezmienną drogą zbawienia”.

Benedykt XVI, papież

Nie jest naszą intencją autorytatywne orzekanie o prawdziwości i autentyczności objawień w Medjugorie. To bowiem należy do kompetencji władz kościelnych. Tę samą ostrożność, ale bez nieuzasadnionego uprzedzenia, pragniemy zachować również w odniesieniu do orędzi. Decyzja władz kościelnych jaka w przyszłości nastąpi będzie decyzją obowiązującą nas wszystkich której się podporządkujemy.


sobota, 25 kwietnia 2015

Arcybiskup o owocach Medjugorie

Arcybiskup Salvadoru Piñeiro García Calderón, arcybiskup Ayacucho i przewodniczący  Konferencji Episkopatu Peru,  w tym miesiącu odwiedził Medziugorje. To była jego druga pielgrzymka do Medjugorje. Jego pierwsza wizyta odbyła się w czerwcu 2003 r.

W wywiadzie dla Radia Mir 66-letni arcybiskup powiedział: "Od dawna słyszymy w orędziach Matki Bożej nawoływanie do nawrócenia i adoracji jej Syna, nie jest dla mnie łatwo tutaj przyjechać ze względu na odległość jaką mam do pokonania. Niektórzy pielgrzymi z Peru mogli tutaj przyjechać, a ja razem z nimi . "W Limie mamy ośrodek imieniem Królowej Pokoju, ludzie przychodzą tam, by rozprzestrzeniać orędzia Matki Boskiej i rozpowszechniać wiedzę i informację o Medziugorje". "Podczas mojego pobytu spowiadałem wiele osób, a to jest ogromna radość dla kapłana, gdy widzi tak wielu wierzących podchodzących z bólem i łzami do sakramentu pojednania, a następnie odchodzących od konfesjonału i powracających do swoich domów szczęśliwymi. To owoce i cuda tego miejsca. "

Źródło:  http://crownofstars.blogspot.com/

piątek, 24 kwietnia 2015

Nie jesteśmy przygotowani na trwałe związki




Żyjemy w pięknych czasach. Nie dość, że każdy ma w szafie więcej koszul, niż miał ich Ludwik XIV to jeszcze mamy wybór dotyczący tego jak, gdzie i z kim ułożyć swoje życie, przebierając w opcjach jak w komputerowej grze. Można założyć start-up, wyjechać do Japonii, rozwinąć bloga, nagrać płytę, sprzedać aplikację albo pracować w Cancun odpalając laptopa na plaży, kiedy akurat ma się na to ochotę. Nasze życie nie jest podzielone na wyraźne etapy, bo zawsze istnieje dobry moment, żeby wsiąść w samolot i zacząć wszystko od nowa, w innym miejscu, z innymi ludźmi i z czystym kontem.


Tylko, że jednocześnie jesteśmy pokoleniem ludzi, którzy szukają ideału i go nie znajdują, a stojąc na tle wieżowców w Singapurze przychodzi im do głowy myśl, że fajnie byłoby tam stać z kimś, z kim za kilka lat będzie można to wspominać, zamiast być na fotce z randomową laską, którą za trzy lata zastąpi kolejna.

Jest tak dlatego, że dzieje cywilizacji najlepiej byłoby przedstawić jako pijaka, który bardzo stara się utrzymać pion, ale stale przechyla się do przodu albo do tyłu, a jego każdemu odchyleniu towarzyszy korekta w postaci machania rękami na znak, że coś poszło nie tak.

I obawiam się, że cywilizacyjny pijak znów zaczyna się przewracać, bo chociaż chcemy trwałych związków, to nie jesteśmy na nie przygotowani, powtarzając sześć zdań, które gryzą się z budowaniem relacji i budzeniem się bez żalu obok tej samej osoby.

1. „Na razie jest ok, ale zobaczymy jak będzie.”

Żyjemy w rzeczywistości jednorazówek, okresów próbnych, gwarancji i świadomości, że każdy jest do zastąpienia, bo gdzieś tam są kobiety, które zawsze są piękniejsze, milsze i mają bardziej porywającą osobowość, oraz mężczyźni – przystojniejsi, bardziej zaradni i potrafiący żonglować pomiędzy karierą, a chodzeniem w fartuszku w sposób, który tylko dodaje im męskości.

Już nie mówimy sobie leżąc w parku na kocu, że zrobimy wszystko, żeby ten związek był kurewsko piękny – jak wycięty z rock’n’rollowego filmu, w którym jedzie się kabrioletem pustą drogą, zakłada się gdzieś dom, wychowuje dzieci i wciąż widzi się drugą osobę tak, jak w chwili, kiedy się ją poznało. Zamiast tego mówimy: „Mamy jeszcze czas”, „Zobaczymy co z tego będzie”, „Po prostu poczekajmy”. I przykro mi, ale jesteśmy pokoleniem ludzi, których życie miało się zacząć już za chwilę.

Kiedyś czytałem wywiad z jakimś profesorem. Nie pamiętam jego nazwiska, ale pojawiło się w nim zdanie, że mając dwadzieścia lat, ma się wrażenie, że wszystko zaraz się zacznie. Tekst kończył się stwierdzeniem tego profesora:
- I wie Pan co? Mając siedemdziesiąt lat myśli się tak samo.

Już nie żyjemy. Czekamy w trybie oszczędzania baterii na to, żeby kiedyś zabłysnąć. W kontekście związków to daje komfort, ale też rozleniwia i psuje, bo nie trzeba dbać o cudze uczucia, angażować się i starać. Można po prostu zobaczyć co z tego będzie, będąc zawsze jedną drogą poza związkiem. Nie wyjdzie? Wystarczy spakować walizkę i wcisnąć przycisk replay. Replay, replay i jeszcze raz replay.

2. „Związek? Tylko z ideałem, bo po co się z kimś wiązać, skoro za rogiem czeka ktoś lepszy.”

Pytanie czy naprawdę czeka, bo ja mam duże wątpliwości. Wymagamy od siebie nawzajem takiej żonglerki umiejętnościami, wszechstronnością i otwartością, że zapominamy, że inne osoby nie rodzą się po to, żeby spełniać nasze oczekiwania. To bardzo pozytywne, że nie chce spędzić się życia z pierwszą lepszą osobą, którą zobaczyło się nago, ale jednocześnie bardzo smutny jest brak zrozumienia dynamiki związków i faktu, że jeśli ktoś jest ideałem, to tylko w 50% dzięki temu kim jest, a w 50% dzięki wspólnej pracy włożonej w poznawanie się, docieranie i pracowanie nad związkiem.

3. „O dobry związek nie trzeba dbać. O zły związek dbać nie warto.”

Każdy cel służy odhaczeniu go na liście jako definitywnie zakończony. Bajki kończyły się na pocałunku i słowach, że dalej było już wykurwiście pięknie. Ot tak, bez kiwnięcia palcem. Do tej pory nieświadomie w to wierzymy, i dlatego tak jakpisałem ostatnio: „Staramy się dla obcych. Nie wyjdziemy na miasto w podartych dresach, bo zobaczy nas jakiś bałwan, którego i tak nie zapamiętamy, ale założymy je, żeby spędzić czas z najbliższą dla siebie osobą. Żeby zrobić dobre zdjęcie na instagrama spędzimy pół dnia w kuchni, ale na kolację ze swoim facetem otworzymy słoik od mamy. Nie zrzucimy naszych problemów na znajomego z pracy, ale będziemy obciążać nimi osobę, z którą żyjemy.

Mamy zdrowo popieprzone priorytety i nie dbamy o rzeczy, które są blisko. Wierzymy w złudzenie, że będziemy je mieć zawsze, a na końcu i tak się okazuje, że wygrywają ci, którzy robią całkowicie odwrotnie. Najważniejsze rzeczy w naszym życiu są dostępne tylko na zasadzie abonamentu. Dbanie o nie ma tylko początek, ale nie ma końca. Dotyczy to zdrowia, związku, przyjaciół i pieniędzy. Zapomnisz o tym na trzy miesiące, to nic się nie stanie. Zapomnisz o tym na kilka lat i któregoś dnia uświadomisz sobie, że nie masz nikogo z kim możesz porozmawiać, a wszyscy, którzy kiedyś nawet nie byli twoją konkurencją, osiągnęli znacznie więcej.”

4. „Idziesz do przodu albo się cofasz.”

Dobre jest tylko to co nowe. Trzeba być w drodze i trzeba mieć co opowiedzieć przyjaciołom. Bo przecież Zośka założyła firmę, Krzysiek zastanawia się czy nie jest gejem, Karol obraca teraz dwie laski, a Maryśka kładzie sobie na języku LSD w oczekiwaniu, że zmieni to jej spojrzenie na świat. A ty co? Masz być cały czas z tą samą osobą? A jeśli coś cię w tym czasie minie? A co jeśli następna osoba byłaby lepsza? Może to wszyscy inni żyją prawdziwym życiem?

Rozwój utożsamia się z ruchem. Tak bardzo boimy się, że coś stracimy, że biegniemy nie po to, żeby gdzieś dobiec, ale po to, żeby mieć poczucie zmiany. Scenariusz na życie to sadzenie co roku nowych kwiatów na rabacie z ciekawością co z tego będzie i ze świadomością, że za rok można zacząć od nowa i pomijając wrażenie, że niby wszystko się zmienia, ale tak naprawdę wciąż jest się w tym samym punkcie. Scenariuszem na życie już nie jest sadzenie drzewa, któremu za dwadzieścia lat wciąż będzie podcinać się gałęzie tak samo jak dzisiaj i patrząc z boku, wciąż będzie to, to samo drzewo, pielęgnowane w taki sam sposób. Poza tym, że to drzewo będzie coraz większe i silniejsze.

Widzisz, niektórzy wolą rabatki, a inni wolą drzewa. To nie znaczy, że coś jest gorsze. Coś po prostu może nie być dla ciebie.

5. „Najważniejsze jest, żeby radzić sobie samemu.”

Przez tysiące lat przetrwanie i rozwój jakiejkolwiek społeczności było uzależnione od podziału obowiązków. Jedna osoba robiła sieci, druga łowiła ryby, trzecia dbała o ich przetwarzanie i przechowywanie, a kolejne broniły całej osady. Tylko, że to się zdezaktualizowało. Jesteśmy uczeni, żeby być samowystarczalnymi, żeby nikogo nie potrzebować i żeby w najgorszej sytuacji sobie poradzić, mając za pomocnika smartfona w ręce. Bycie zależnym od kogoś to symbol porażki. Ideał pracy to bycie przedsiębiorcą. Ideał pracownika to pracownik na śmieciówce, którego da się zastąpić w ciągu 24 godzin. Ideał kobiety jest dokładnie taki sam, jak ideał mężczyzny. Nie ma już słabej i pięknej płci oraz silnej i brzydkiej. Jest tylko płeć silna i multizadaniowa, która dzieckiem się zajmie, obiad ugotuje, nie okaże zbyt wielu uczuć, a w wolnej chwili zarobi miliony. W ostateczności, już nikt nikogo nie potrzebuje, bo po co, skoro na rynku każdy daje to samo?

Prawda jest taka, że sami zapędziliśmy się w róg, dążąc najpierw do równości płci, a teraz łapiąc się na tęsknocie za klasyczną kobiecością i męskością, dominacją i dominowaniem, siłą i uczuciami. I nie, lumberseksualizm połączony z ciągłym przeglądaniem feedu tego nie zapewni.

6. „Albo związek albo samorealizacja.”

Kiedyś śmiałem się z singielek, które mówią, że w związku nie mogą się rozwijać, bo co to niby znaczy? Nie mogą wychodzić ze znajomymi, zająć się malarstwem albo założyć i rozwinąć globalnej firmy? Przecież nie są przykute łańcuchem w kuchni, sypialni albo łazience. Dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że to dotyczy wszystkich osób, bo przecież niemal każdy ma wrażenie, że w związku zdarzają się same nudne rzeczy: wieczory z serialem, planowany seks i całkowicie niespontaniczne wyjazdy. To co ciekawe dzieje się na zewnątrz.

Tylko że to fikcja.

Po pierwsze, jasne, będąc w dojrzałym związku (czyli takim, w którym stwierdzasz: „Tak, tego chcę” i nie traktujesz go jak zajęcia na pół etatu) coś stracisz, ale też coś zyskujesz. To jak z Januszami na wycieczkach do Egiptu, którzy płaczą za brakiem kotletów schabowych, a nie cieszą się tym co mają.

Po drugie, to kwestia dogadania się i w związku można robić wszystko, co robiłoby się normalnie. Przerażające jest natomiast to, że pary nie potrafią szczerze rozmawiać o czymkolwiek wykraczającym poza nowy odcinek „Gry o tron”. Uczucia, plany, fantazje seksualne, potrzeby emocjonalne do spełnienia? To nie istnieje, a jeśli istnieje to zamiata się to pod dywan. Ma się możliwość dowolnego ułożenia sobie relacji bez zważania na skostniałe przesądy, a zamiast tego przyjmuje się defaultowe ustawienia: kwiatki na Walentynki, blowjob na urodziny, udajemy, że nie oglądamy porno i nie mamy żadnych fantazji seksualnych, a ślub to pewnik, bo babcia go chce.

Problem w tym, że powszechny model relacji, jest jak buty uszyte na każdego, czyli w praktyce na nikogo. Od czasu do czasu, trafia się ktoś, na kogo pasują, jak szpilki Kopciuszka, ale wszyscy inni będą chodzić w butach, które ich obcierają, spadają z nóg albo są tak ciasne, że ich gniotą i ranią latami.

*

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że każde z tych przekonań jest w określonych warunkach właściwe, skuteczne i dobre. Złe jest tylko popadanie w skrajności. Wizualizacja jako uzupełnienie prowadzonych działań, to fajna teoria, ale spędzenie życia wyłącznie na wizualizowaniu sobie, że przed nami siedzi naga Mila Kunis, nie brzmi jak przepis na sukces. Podobnie nie ma nic złego w tym, żeby sięgać po więcej, nie czuć się uwiązanym na zawsze w beznadziejnym związku albo dążeniu do samowystarczalności, dopóki to działa.

Pytanie czy to wciąż działa.

Źródło: http://volantification.pl/2015/04/15/nie-jestesmy-przygotowani-na-trwale-zwiazki